Akcesoria rowerowe

wtorek, 8 maja 2012

Rocky Mountain Bike Marathon nad Jeziorem Garda w Dolomitach- 29.04.2012


Korzystając z majowego, najdłuższego weekendu Europy postanowiliśmy wybrać się w trójkę, czyli Sławek Dereszkiewicz, Marek Dereszkiewicz (autor tekstu) i Jarek Dopytała we włoskie Dolomity. Naszym celem było miasto Riva del Garda, kultowe miejsce dla kolarzy z całego świata. Jednym z ważniejszych punktów programu był udział w Rocky Mountain Bike Marathon. Po kilkunastogodzinnej podróży z Polski, w sobotę po południu zameldowaliśmy się biurze zawodów. Trzeba przyznać, że rejestrację zorganizowano bardzo sprawnie i profesjonalnie. Do tego każdy uczestnik otrzymał bogaty pakiet startowy. W tym samym czasie odbywał się także równie ciekawy Bike Festiwal. Sławek i ja reprezentowaliśmy wortal rowerowy XC-MTB.info. Po dopełnieniu formalności zrobiliśmy sobie przejażdżkę po okolicy, aby się zaaklimatyzować w nowym otoczeniu. Wieczorem pasta party  i kubek lokalnego wina w namiocie organizatora. W niedzielę rano trzeba było wstać wcześnie, bo starty rozpoczynały się już od godz. 7.45 w odstępach pięciominutowych z podziałem na sektory. To dlatego, że uczestników było około 2.300. Można było spotkać kolarzy z całego świata, a najwięcej było słychać niemieckiej mowy. Obecni byli także Polacy. Dookoła osprzęt wysokiej klasy na karbonowych ramach. Wybrałem wariant na mniejszym kole 26’- alu Scott Scale 40. Dystans można było zadeklarować podczas jazdy w zależności od limitu czasowego. Zdecydowałem się wcześniej na 55 km. W wysokich górach taki dystans znaczy zupełnie co innego niż na naszych wielkopolskich nizinach. Najwyższy punkt trasy miał blisko 1200 m wysokości, a suma przewyższeń prawie 1700 metrów.
W oczekiwaniu na start w sektorze

Pierwsi zawodnicy ruszyli do startu o godz. 7.45

 Przed bramą startu zagrano utwór „Highway to Hell”, co zapowiadało, że lekko nie będzie. Chwila nerwowego napięcia i o godz. 8.05 rozpoczęła się jazda ulicami miasta. Tempo szybkie, ale bez szaleństw. Za miastem rozpoczęła się właściwa część maratonu, czyli 20 km podjazdu, taki był profil trasy. Stromy, wąski i bardzo długi podjazd powodował, że mniej wytrenowani kolarze zaczęli prowadzić rowery i blokowali drogę innym. Momentami tworzyły się zatory. Nawierzchnia, szutrowo- asfaltowo- betonowa, lasy i odkryte tereny. Ładne widoki i dobra pogoda.  Na trasie kultura, nikt na nikogo nie krzyczy. Przemierzając pod górę kolejne kilometry jechało mi się całkiem dobrze, wyprzedzając większe grupy zawodników. Jednakże w końcu zacząłem odczuwać zmęczenie i wrażenie, że ten podjazd chyba nigdy się nie skończy. Znużenie długą podróżą z poprzedniego dnia i krótki sen dały znać o sobie. W końcu pojawił się bufet i to zaopatrzony jak restauracja: ciasto, batoniki, owoce, cola, woda, izotoniki- do wyboru, do koloru. Zaczął się zjazd i to od razu dość niebezpieczny. Zjazdy miały zróżnicowany charakter, począwszy od asfaltowo- betonowych, przez szutry na kamieniach i głazach kończąc. Szczególnie na tych ostatnich trzeba było skupić uwagę, gdyż jeden niewłaściwy ruch kierownicą mógł zakończyć jazdę. Chciałem dojechać cało bez przygód. Mocno mnie wytrzęsło, co czułem w przedramionach. Rower  na dużych kamieniach chwilami podskakiwał jak piłka. Tutaj przydałby się full. Myślałem tylko, aby sprzęt wytrzymał bez awarii, a widziałem wielu kolarzy zmieniających dętki.  Oznakowanie trasy bardzo dobre, a w ostrych nawrotach stali ludzie z chorągiewkami. Na bardziej gładkich zjazdach prędkości przekraczały 70 km/h. Trasa  bardzo malownicza, poprowadzona fragmentami przez wąskie uliczki mijanych miasteczek, gaje oliwne i winnice. Widać, że organizator chciał pokazać wszystkiego po trochu. Ostatnie kilkanaście kilometrów było już łatwiejsze i prowadziło naprzemiennie szutrem, asfaltem oraz krótszymi podjazdami. Momentami tworzyły się „pociągi”. Tutaj mijając te grupy szybkim tempem odrobiłem część strat ze zjazdów. 
Praktycznie połowę trasy stanowiły podjazdy

Na trasie- w tle miasto Riva del Garda

Trasa była bardzo ciekawa i urozmaicona


Dojazd do mety to przemierzanie ulic miasta i finisz. Po zawodach spotkaliśmy też grupę kolarzy z Poznania i Gizelę Rakowską z teamu Northtec. 

Meta maratonu

Z Gizelą Rakowską z Teamu Northtec z Poznania

Mój czas 3:24:44, miejsce w kategorii: 214/365. Osiągnięty wynik nie jest może imponujący, ale udział w maratonie nad Jeziorem Garda dał mi dużą satysfakcję i przyjemność z jazdy w prawdziwych górach i to w tak pięknym otoczeniu. Maraton wydawał się wymagający kondycyjnie i techniczne, ale jak się okazało był to jedynie prolog- przedsmak prawdziwej ekstremy, która czekała nas w kolejnych dniach pobytu w Dolomitach. Dłuższa relacja z pobytu i zdjęcia będą dostępne na moim blogu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz