poniedziałek, 2 lipca 2012

Maraton szosowy- Gorzów Wlkp.- Wojcieszyce 30.06.2012

Na zawody w Gorzowie długo czekałem, bo były to dla mnie pierwsze zawody szosowe w sezonie 2012. Do tego podjąłem decyzję o wystartowaniu na dystansie 160 km. Tyle nie przejechałem wcześniej nawet na treningu, dlatego podchodziłem do tego z pewną obawą. Jednocześnie doświadczenie z ubiegłego sezonu i codzienne, długie treningi szosowe dawały nadzieję na osiągnięcie dobrego rezultatu. Do udziału namówiłem Jarka Dopytałę i pojechaliśmy razem. Start i metę zlokalizowano w Wojcieszycach niedaleko Gorzowa. Zawodników umieszczono w 14 osobowych grupach, których skład był losowany dzień wcześniej. Poszczególne grupy startowały w odstępach 4- minutowych. Moja grupa ruszyła o godz. 10.36 w strugach deszczu. Ruszyłem bardzo mocno. Praktycznie po kilkuset metrach zostało nas pięciu. Po krótkiej rozmowie, uzgodniliśmy, że będziemy zgodnie współpracować i postaramy się dojechać razem do mety. W perspektywie prawie 5 godzin jazdy na wysokich obrotach, trudno było to przewidzieć, a wszystko mogło się zdarzyć po drodze. Pierwsze kilometry były ciężkie zanim puls ustabilizował się i zaadoptował do dużego wysiłku. Moi towarzysze okazali się mocni i zdyscyplinowani. Naszym „kapitanem- kierownikiem” został zawodnik z Warszawy, który nas motywował, nadawał tempo i komendami ustawiał grupę. Po sposobie jazdy było widać, że jest doświadczony i wie co robi. Taka jazda bardzo mi odpowiadała, bo miała zaplanowany przebieg, a tempo było płynne i do tego wysokie. Koledzy z grupy dawali mocne, konkretne zmiany i tak jechaliśmy pierwszą część maratonu z prędkością między 40, a 50 km/h. Na punktach kontrolnych informowano nas o przewadze czasowej i zawodnikach przed nami. Zaczęliśmy dochodzić kolarzy z poprzedzających grup. Większość z nich nie dała rada siąść nam na koło, a kilku dołączyło do nas, ale w dalszej części wyścigu odpadli. Tego dnia było bardzo parno i panowały zmienne warunki pogodowe- na przemian deszcz, słońce i zachmurzenie. Dobrze, że zaopatrzyłem się w dwa duże bidony, banana i kilka żeli.I tak mijały nam szybko pokonywane kilometry oraz mijane miasta: m.in. Witnica, okolice Ośna Lubuskiego, Sulęcin i Skwierzyna. Na ok. setnym kilometrze nasza grupa zgodnie zwolniła, aby przy punkcie żywnościowym w locie zaopatrzyć się w wodę i ewentualne przekąski. Tempo zaczęło trochę spadać, mnie zaczęły dopadać skurcze i to w obie nogi: łydki i uda. Pomyślałem, że jak teraz się nie utrzymam, to mogę zapomnieć o dobrym wyniku. Zjadłem ostatni żel, a koledzy z grupy widząc, że się zmagam ze skurczami, dali znać żebym odpoczął i dał krótsze zmiany. Na szczęście to pomogło i problemy z mięśniami nóg minęły po chwili. Na 130 km pojawił się u mnie kryzys i to tak blisko celu…Kończyły się napoje. Grupa porwała się na dłuższym podjeździe, na którym paliło niemiłosiernie słońce. Dwóch zawodników mi odjechało. Próbowałem przez chwilę gonić, ale dałem spokój, bo bym się całkiem zajechał i zaciął na koniec. Zostałem z kolarzem z mojej kategorii wiekowej na wysokiej klasy karbonowej szosówce. Mając świadomość, że na mecie będzie moim bezpośrednim konkurentem, mocno już zmęczony jechałem spokojnie po zmianach. Ostatnie kilometry przed Gorzowem to jazda w malowniczej dolinie przez wioski. Wjechaliśmy na krótko na przedmieścia Gorzowa, gdzie na jednej z ulic na deser zaserwowano nam kilkusetmetrowy podjazd o bardzo stromym nachyleniu. Musiałem zrzucić nawet na najwolniejsze tryby. Zobaczyłem przed sobą starszego zawodnika, który prowadził rower i krzyknął do mnie „dasz radę, jedź swoim tempem”. Zmotywowało mnie to i dodało sił. Kolarz z którym jechałem do tej pory puścił moje koło i został z tyłu. Zostałem sam. Na ostatnich 5 km nawet wykrzesałem z siebie resztkę sił i podkręciłem tempo. Wjechałem na metę, gdzie po chwili z towarzyszami z grupy złożyliśmy sobie gratulacje i podziękowaliśmy za dobrą jazdę. Równo po 8 minutach przyjechał Jarek (startował dwie grupy po mnie). Czułem, że będzie miał czas zbliżony do mojego. Zobaczyłem w wynikach, że jestem 7 w open i 4 w kategorii, a Jarek 3 w kat. i straciłem do niego zaledwie 17 sekund i to na tak długim dystansie…Natomiast do drugiego miejsca zabrakło mi tylko 20 sekund, a do pierwszego 55 sekund. Tak niewiele blisko podium…Żeby było ciekawej, okazało się, że na ostatnim punkcie kontrolnym ok. 30 km przed metą miałem nad nimi 2 min 30 sek. przewagi, którą niestety straciłem. To właśnie wtedy miałem wspomniany kryzys. Tak niewiele brakowało, wystarczyło chociaż na 1 km podkręcić tempo…,ale co by było gdyby, nie ma co rozpamiętywać.  Osiągnięty przeze mnie wynik na szosie jest do tej pory moim najlepszym rezultatem w maratonie szosowym i pierwszy raz jechałem na dystansie 160 km.

Czas jazdy 4 godz. 26 min. 36 sek, 7 open, 4 w kat. M3.
WYNIKI OPEN
            WYNIKI W KATEGORIACH

Na zawody przyjechali kolarze z całego kraju.

Krótko przed startem na dystansie 160 km


Jadąc w grupie współpracowaliśmy dając zmiany
To na tym podjeździe porwała się nasza grupa- ja z prawej.


Ja z Jarkiem już na mecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz